WILD WEST 2003

DZIKI  ZACHÓD – KALININGRAD 2003

 

Długi postój na granicy. Znający nas z poprzedniego przejazdu, kiedy wracaliśmy z Ładogi,
przemytnicy z zachwytem kopią w nasze ogromne balonowe opony. Ech ile fajek by się zmieściło! Zauważamy , że prawie we wszystkich stojących w kolejce samochodach ledwo zipią rozruszniki. Nic dziwnego , skoro te auta cały swój żywot spędzają  na przejściu podciągając co chwila po pół metra.

Jest 2 w nocy, błąkamy się po przedmieściach Kaliningradu, nie jest tu pięknie – okolica jak z sensacyjnego filmu o półświatku, do pełni szczęścia brakuje tylko ogniska na ulicach i murzyńskich gangów. Dziury w czymś co miało być zapewne kiedyś asfaltem, każą nam , jadącym przecież LR,  omijać je zygzakując od krawężnika do krawężnika. Dużo młodzieży na ulicach. Zapytany o drogę taksówkarz bez słowa wsiada w swój samochód i pilotuje nas przez miasto. Wreszcie na końcu czegoś co niby jest ulicą docieramy do bramy z podanym nam wcześniej  numerem. Na bramę rzuca się rozwścieczony wilczur, nie karmiony chyba od tygodnia. Światła i odgłos silnika oznajmiają gospodarzom nasze przybycie. W jednej chwili przywołany przez opaloną na heban blondynkę wściekły wilczur łasi się do jej nóg, a my wjeżdżamy na plac. Tak dotarliśmy na kolejny , już drugi rajd w Rosji w jakim braliśmy udział w tym roku. Nasi gospodarze przy kawie, herbacie i wódce objaśnili nam wszystkie zasady rajdu. Dostaliśmy niezbędne papiery, nalepki i oczywiście miejsce na krótki sen.

Rankiem start na głównym placu miasta, między budynkiem merostwa / Mer Kaliningradu to honorowy patron rajdu / ,a ogromnym pomnikiem Lenina, za którego plecami budują właśnie potężny sobór! Na starcie ok. 30 maszyn, głównie rosyjskich ale prócz nas są również auta z Litwy. Idea rajdu to sprawdzenie uczestników w różnych formach off-roadu. Stąd pierwszego dnia część tzw. Trophy, czyli przeprawowy odcinek, taki jakie znamy z rajdów w Polsce, ale wszystko na czas, kto pierwszy, kto szybszy ten wygrywa! Walka toczy się w podmokłych, rosnących na bagnach lasach na wschód od miasta. Startujemy jako drugie auto, do takiej trasy jesteśmy przygotowani, choć nasze nowe opony MT BF Goodrich, które zastąpiły wykorzystywane przez nas na Ładodze Simexy, ze względu na zapowiadane przez organizatora odcinki piaskowe, nie sprawdzają się tak dobrze  w grząskim błocie. Mimo to na tym odcinku osiągamy najlepszy czas. Resztę dnia spędzamy na spektakularnym wyciąganiu wielkiego 3 osiowego Urala z rowu oraz poznawaniu nowych off-roadowych kolegów.

 

 

Rankiem zwijamy obóz i przejazd kolumną na poligon na północ od Kaliningradu. Po drodze reperujemy koło ,które przebiliśmy dnia poprzedniego. Dziś odcinki trialowe, jest ich trzy. Pierwsze dwa rozgrywane na podobnych zasadach co w Polsce, z tą jednak różnicą, że tu liczą się tylko dotknięcia przednimi kołami i przednim zderzakiem, reszta samochodu może zrobić z tyczką co tylko chce! Trzeci to odcinek jechany tyłem. Dodatkowym utrudnieniem na wszystkich odcinkach jest kopny piach, głębokie błoto, woda i resztki bunkrów, które ktoś zawczasu wysadził. O dziwo, ten odcinek również wygrywamy, mając najmniejszą ilość punktów karnych,. W to miejsce, ze względu na bliskość miasta, przybyło sporo widzów, jest również stoisko z napojami i jedzeniem. Wszystkiemu towarzyszy muzyka, do której kiwają się licznie zgromadzone młode mieszkanki Kaliningradu – FIESTA!

 

 

Po naszym przejeździe organizator wyznacza nam przewodnika, który nas i litewskie załogi zabiera na zwiedzanie miasta. Pamiętajmy, że Kaliningrad dawniej Królewiec, był przez lata stolicą państwa Pruskiego. Tu też żył i jest pochowany wybitny filozof Kant. Po zwiedzaniu i wyśmienitym obiedzie jedziemy do nowego obozu. Baza  dziś zlokalizowana jest w nadmorskich zaroślach na brzegu Bałtyku. Po kolacji i indywidualnych wyścigach po plaży, jedziemy kolumną na start nocnego odcinka. To odcinek na orientacje, czyli jazda po itinererze. Trasa odcinka okazuje się nie wymagająca terenowo. Tylko w jednym miejscu drobna pomyłka w opisie trasy powoduje poważne zamieszanie wśród zawodników. Trasę przejeżdżamy z najlepszym czasem, niestety nie lokalizując jednego z pięciu KP. W rezultacie powoduje to zajęcie przez nas na tym odcinku drugiego miejsca.

Reszta nocy to totalna impreza, dla niektórych tak jak np. dla „polskiego pilota” trwająca do 9 rano. Ognisko, pogaduszki, muzyka, wyścigi brzegiem morza, spotkanie z poławiaczami bursztynu / co w Rosji jest nielegalne /, no i przypadkowe odwiedziny w zupełnie innym obozie na plaży, gdzie do brzasku trwała techno impreza.

 

 

W południe, właściwie dobrana przez organizatora pora, by wszyscy doszli do siebie, prócz tych co i tak nie mieli na to szans! – odbył się kończący rajd 1.5 kilometrowy wyścig po plaży. Do boju zagrzewał nas widok na brąz opalonych, wspaniałych ciał, półnagich Rosjanek, prezentujących swe wdzięki. Lubią chyba auta terenowe i ich właścicieli! Start pod górę po wydmach, nawrót i z powrotem brzegiem morza. Teraz wreszcie przydały się nasze nowe MT-ki, tu Simexy  zakopały by nas na amen. O dziwo, ponownie okazaliśmy się najszybsi, zajmując tym samym znów pierwsze miejsce na odcinku.

 

 

Po tych kończących zmaganiach, nad wyraz szybko, co nigdy nie udaje się w Polsce, policzono wyniki i przystąpiono do oficjalnego zakończenia rajdu i rozdania nagród. Zajęte przez nas na poszczególnych odcinkach trzy pierwsze miejsca i jedno drugie dały nam w sumie zwycięstwo w rajdzie, przed dzielnie walcząca ekipą litewską, która przez cały rajd deptała nam po piętach, zajmując trzy drugie miejsca i jedno pierwsze. Wspaniała atmosfera wspólnej zabawy towarzyszyła nam do końca. Rajd ten może nie był najcięższym na jakim byliśmy ale niewątpliwie było to udane spędzenie długiego weekendu.Wspaniała, nie tylko off-roadowa zabawa. I kolejni bardzo ciekawi poznani ludzie. To właśnie dla tych ludzi warto było tam pojechać. Szkoda, że w Polsce nie potrafimy się tak bawić, że naszym rajdom nie towarzyszą inne atrakcje spontanicznie organizowane przez samych uczestników. Możemy się wiele od Rosjan pod tym względem nauczyć: luzu i zabawy.