Rzeźnia nr 9, czyli wspomnienia katorżnika z Ładoga Trophy 2005

Tegoroczna dziewiąta już edycja rajdu Ładoga Trophy charakteryzowała się podwyższonym poziomem i to pod wieloma względami. Po pierwsze organizatorzy sterują pod FIA i w tym kierunku zmieniają regulamin czego skutkiem ma być zwiększenie prestiżu rajdu, a kosztem ubocznym zanik grupy proto z której większość pojazdów przechodzi do TR3 najmocniej obsadzonej w tym roku. Po drugie wzrósł poziom „międzynarodowości” rajdu bo wystartowali Finowie, Norwegowie, Anglicy, Estońcy, Kazachowie, Litwini, Łotysze, Białorusini, Polacy i oczywiście Rosjanie. Po trzecie wzrósł znacznie poziom wody w jeziorze Ładoga, tak że nie było w ogóle plaży po której zazwyczaj jeździliśmy samochodami a wiele suchych i przejezdnych „dróg” zamieniło się w bagna.

 

Wystartowało 162 załogi , nie wiemy ile ukończyło, bo wyniki w tym roku były nieczytelne i rozmyte. Był to najtrudniejszy rajd w mojej karierze. Dostaliśmy w tyłek tak jak nigdy dotąd, i poczytujemy sobie za sukces przejechanie go prawie w całości.

Już na starcie okazało się ze jesteśmy na straconej pozycji. Organizator pozmieniał kryteria dopuszczające poszczególnych klas i tak w naszej klasie pojechały wszystkie Proto na oponach z ładowarek. Byliśmy jedynym autem w klasie na trzydziestej piątej oponie.
Powinniśmy zgłosić się do TR2, ale wiedzeni zeszłorocznym doświadczeniem zadeklarowaliśmy TR3, bo byliśmy pewni, ze zaraz przyjdzie malczik od BT i nas uwali. Już po wypisaniu wszystkich kwitów zauważyłem jak na otaczających nas ładowarkach klasy proto, goście kleją numery z trojka z przodu czyli TR3 a dookoła nich chodzi sędzia od BT i nie zadaje żadnych pytań. Okazało się potem, ze asocjacja organizacji federacji ruskowo offrouda w porozumieniu z konferencją zrzeszenia klubów asocjacji Raf reprezentacjo wysokoj komisji porozumienia międzykonferencyjnego niezależnych protokołów komisarzy, przewodniczących nacjonalnych bałtijskich, włącznie z wysoką komisją nadzoru prawilności naruszeń reglamenta mieżdunerodnego gławnego prezidenta klobow wniedorozników wsiechrossji, na konferencji z siedmowo diekabra wydała usprawlenie do pkt 7, paragraf 22 ustęp 5, str 285, wiersz trzynasty od góry po prawej w środkowym rzędzie, o tym, że w zaszczetnoj klasie TR3 można mieć dowolny prześwit, gumy nie większe niż 38 bez limitu szerokości, i że nie mogą być to opony rolnicze. Czyli wszystko, co było zabronione w poprzednim roku.
Auta powyżej trzydziestej ósmej gumy, lub na rolnikach pozostają przejściowo w Proto, ale wyjątkowo w tym roku, ponieważ jest tendencja do likwidacji klasy Proto w ogóle.
Trudno, umęczyliśmy w zeszłym roku, umęczymy i w tym. Tak nam się wtedy wydawało.

Następnego dnia festyn na Issakiewskim i walimy 60 kilometrów kryterium miejskiego na pierwszy odcinek, zapieliśmy się za znajomą z zeszłego roku czerwoną „seryjną” Tojotą (w tym roku biała i na większych oczywiście kołach) załogi Klujko/ Pentinen, po pierwsze dlatego, że dobrze się za nimi jeździ po Petersburgu w godzinach szczytu, a po drugie dlatego, ze ich kierowca dziwnym trafem jak nas widział, zawsze robił się czerwony na twarzy i zaczynał krzyczeć na pilota, co niezmiernie nas bawiło. Dziwnym oczywiście trafem oraz dziełem przypadku podczas losowania przez niezależną komisje nadzorowaną satelitarnie, chłopaki startowali jako pierwsi na pierwszy odcinek. Sędzia machnął im chorągiewką, pojechali gdzieś łąką hen, a my wymiękliśmy właśnie, bo startowy pokazał nam czipa, który należy odbić w specjalnym czytniku na starcie i na mecie, żeby nie było wałów. Rozbawiło mnie to do łez, kto zna, ten wie…
Ok., startujemy, za łąką droga betonowa w prawo i w lewo, ślady i tu i tu. Gieps pokazuje w prawo, bo w lewo jest kierunek do wsi na asfalt. Łoimy. I pierwsza łąka, tu okazuje się, ze w tym roku poziom wody jest jakieś dwa metry wyższy niż w poprzednich latach i wszystko jest trzy razy bardziej grząskie, trzydziesty piąty Simex w ogóle w tym nie jedzie. Na tej łące Kapuś wykonał ponad 40 przepinek na kilkuset metrach jazdy. Dobrze, że było za co.Czyli już w tym momencie trening i obtrzaskanie nowego pilota z Ładogą mieliśmy za sobą. W między czasie minął nas prawie cały rajd na wielkich Bogerach i pojechał sobie w dal. A to był dopiero piąty kilometr Oesu. Wbiliśmy się w las i udało nam się dogonić i przegonić kilkanaście maszyn.
Do następnej łąki. Tam spadliśmy ze znajdującego się metr pod woda zimnika i ani w przód ani w tył, wszystko poza zasięgiem naszych lin. Za pół godziny przyjechał JJ i zapinając się za niego znaleźliśmy się z powrotem na kołach. Do następnej łąki. Tam łącząc nasze wszystkie liny przeciągamy się na winczach w dwa auta i my łapiemy kapcia, którego musimy zdjąć wyciągarką z piasty, a JJ jedzie dalej. Na koniec głęboki bród kryjący maskę i finisz.
Już wiemy, że w tym roku to będzie zupełnie inny rajd. Nawet nie pytam o czas , ważne, że zmieściliśmy się w limicie. Pod wieczór okazało się, że najlepsze załogi z największych samochodów robiły ten OS w 2,5 do 3 godz. Piloci wysiadali z maksymalnie uwalonych błotem, skatowanych aut i przewracali się na glebę padając na pysk. Odcinek wygrała załoga białej w tym roku „seryjnej” Tojoty. Przyjechali na bród po godzinie z hakiem, czystym autem, w środku siedział uśmiechnięty pilot w czystej i suchej białej koszulce, przejechał przez bród i odbił czipa. Na odcinku nikt ich nie widział. Na odcinku nie było prasy, fotografów ani KP. Asocjacja, federacja, komisarze obserwatorzy, czipy satelitarne, chłe chłe chłe…

Drugiego dnia 120 kilometrów do przejechania na start drugiego odcinka. Patrzymy w rozpiskę, a tu tylko 4 km OSu z limitem 5 godz. Skóra na dupie nam ścierpła, jeżeli wczoraj była masakra i 26km na 10godz a tu 5 godz na 4km to wiadomo, co będzie. Trzęsiawa na adrenalinie przed startem poważna. Mega ciśnienia, ludzie krzyczą na siebie, wreszcie start.
Wyścigi w koleinach, potem wbijamy się na kilkumetrową pionową kamienną ścianę wyprzedzając wiele aut, które utknęły w wąskim błotnistym przesmyku, potem tradycyjny trial po morenowych kamiennych głazach znanych nam z przeszłego roku, pyknęliśmy go moment w odróżnieniu od wywalonych pięć metrów w górę uniemogów przykrytych różnymi nadwoziami, które walczyły tam z grawitacją i siłami odśrodkowymi w bardzo poważny sposób. Fajka po koleinach, parę fikołków, parę lotów w kabinie zamieniając się na miejsca z pilotem, potem wypadliśmy na młakę na której stał cały rajd, jak go Jura stworzył. Młaka była ograniczona taśmami i w momencie wjazdu wszędzie stały auta i nie było się gdzie wbić, Stanęliśmy wiec za JJ i wysiłkiem zespołowym już po godzinie ruszyliśmy do przodu. Tomcat pchał na mechaniku dwumetrową ścianę błota i korzeni stając się gwiazdą TV i fotografów my za nim podpięci na stałe podciągaliśmy go do tyłu w przypadku kiedy trzeba było lekko zmienić trajektorię lub podłożyć trapy, w międzyczasie kierowca wtopionego na cacy obok Defendera nie utrzymał ciśnień i zaczął na nas bluzgać, amok pełen i grupowy. Już był plan wydarcia go z auta i perswazji ręcznych, ale zamknął szybę, a drzwi nie dało się otworzyć. Wypadliśmy z młaki i po krótkiej walce z koleinami i kamolami jesteśmy na mecie.

Trzeciego dnia dwa oesy, pierwszy przelatujemy dość szybko i bez żadnych niespodzianek, natomiast z problemami trafiamy na drugi, do którego było 11km z limitem pół godziny.
Wpadamy na niego na styk, słyszę łożysko sprzęgła. Mamy jakiś problem z giepsem, który w amoku włączyliśmy w jakiś tryb awaryjny i nie możemy go odblokować. Kapuś walczy z nim, a ja katuję po śladach, w końcu udaje się wbić punkt mety, widzimy ślady w prawo i w lewo. Gieps pokazuje lewo, łoimy. Walka z koleinami, kałużami i belkami i wpadamy na metę. Cóś mi się to nie podoba, ale sędzia z uśmiechem wbija nam czipa i mówi, ze wszystko ok. Potem 24 kilometry po większej kilerni niż na odcinku, do bazy. Kupa aut błądzi, nikt nic nie wie. Dopadamy jakiegoś Defa z grupy turystycznej, żeby rozpytać się o drogę, kierowca jest tak nawalony, że nie może mówić. Uważnie czytam kartoczkę z rozpiską odcinka i nie ma w nim ani KP ani żadnych obowiązkowych zadań. Luz, zabieramy się z Siarą za zrzut skrzyni, żeby wymienić zatarte łożysko wyciskowe. Za parę godzin , gdzieś w połowie roboty wyciągają mnie z pod auta sędziowie i uwalonego błotem i smarami stawiają przed wysoką komisją, która domaga się wyjaśnień, dlaczego mamy najlepszy czas na odcinku. Okazało się, ze palant z defendera, który dymił do nas na poprzednim os napisał protest, ze coś pochachmęciliśmy. Wielka kłótnia w namiocie organizatora. W końcu, w związku z tym, ze ani oni nie wiedzieli, co niby nam zrobić, ani my nie do końca wiedzieliśmy o co im chodzi, zażądali od nas gpsa, żeby sprawdzić nasza trasę. Zrobiliśmy dym, że i owszem, damy, ale sprawdzamy również gpsy trzech innych ,,najlepszych załóg,, Okazało się, że w naszym gpsie nie ma dzisiejszej trasy, albo ich spec nie umiał się do niej dostać.
Okazało się również, że nagle wszystkie pozostałe sprawdzane gpsy kumpli organizatorów nie chciały połączyć się z testerem (sic!) Kłótni ciąg dalszy, przychodzi jakiś gławny komisarz z giwerą przy tyłku i twardo żąda dla nas dyskwy. Ja waląc regulaminem w stół obstaję przy tym, że w przypadku braku KP i korytarza, są na odcinkach miejsca, którymi można objechać trudniejsze kawałki, ( vide białe proto na pierwszym odcinku) i być może, jadąc po śladach pojechałem za inną ,, zwycięską maszyną,, sytuacja stawała się ostra a ciśnienie podniósł jeszcze MC, który przybiegł i filmował wszystko kamerą, celując w oczy komisarzom. W końcu przyznali się do błędu w oznakowaniu i opisaniu odcinka i stwierdziliśmy, ze damy się ukarać, ale na pewno nie dyskwą na uczastku. Wyglądało dobrze, i rano po godzinie snu pod samochodem po wrzuceniu skrzyni (dzięki Siara!!!) znaleźliśmy w samochodzie oficjalny komunikat zrzeszonej rady komisarzy o tym, że ukarali nas, dając nam najdłuższy czas, ale w limicie przejezdności odcinka. Nie było czasu protestować, bo trzeba było gonić na następny oes, zresztą wydawało się, że taki ,,dżentelmens agriment,, w zasadzie zadowala obie strony. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe do Polski wszedłem na stronę rajdu i okazało się, że nie zaliczyli nam tego odcinka. Czyli wysokich komisarzy i protokoły również można sobie wsadzić wiadomo gdzie, jeżeli się nie dymi do końca, (Skan) a nam bardziej zależało na tym, żeby skrzynia rano była obecna pod autem i połączona z nim w sposób trwały.
Tej nocy JJ wymieniał urwaną przekładnię kierowniczą, co jak się okazało jest częstą przygodą na Ładodze. A następnego dnia z rana trzeba było walnąć 200km na start i zdążyć na godzinę startu.
Na godzinę startu zdążyliśmy. Mieliśmy ciśnienie, żeby odrobić zarobione wczoraj karniaki i szliśmy jak burza. Wyprzedziliśmy po drodze prawie cały rajd, błot nie było, było tylko dużo głębokich brodów, które robiliśmy z jednej podpinki na winczu albo na kołach, głębokie koleiny itp. Na tym odcinku nasz mniejszy Simex robił co chciał z autami obutymi w wielkie Bogery, zawieszenie również działało bez pytań na kilkukilometrowych pralkach po wgniecionych w ziemię belkach. Ach jak było pięknie, nawet próbowaliśmy rozkoszować się widokami, jezdnym offroadem i szybką jazdą. Jeden z ostatnich brodów przed meta, wjazd z pionu do wody, parę prychnięć i silnik staje. Próby przekręcenia rozrusznikiem nie dają rezultatu. Auto stoi z maską pod wodą, a nad maską pływają goście na kajakach i robią sobie zdjęcia. Kurwa mać!!! Elektryk na bloczku do tyłu i powoli wywlekamy się na powierzchnię.
Obok ryją ziemię wszystkie wyprzedzone wcześniej auta. Przyczyna jest prosta: belka, których tysiące kotłują się pod autem w trakcie jazdy, uderzyła w nadkole i wyrwała filtr powietrza, w filtrze dziura, w dolocie pełno wody. Wywracam skrzynkę z narzędziami i nie znajduję klucza do świec, musiał JJ w amoku spakować do siebie, albo co… Biegam po prośbie i wreszcie pożyczam od jakichś fajniejszych chłopaków. Godzina roboty. Wykręcamy świece mordowani powoli przez dywanowy nalot komarów. Wyrzucamy wodę z silnika, zaklejamy dziury. Motor pali wreszcie, i spacerkiem, już wolni od jakichkolwiek ciśnień, psiakreff, robimy ostatnie 10km odcinka, pijąc piwko i podziwiając widoczki. Mieścimy się w czasie, ale ordery poszły w las. Po drodze spotykamy wiele połamanych samochodów, a w obozie zrobiło się jakby luźniej. Wygląda na to, że po pięciu odcinkach co najmniej 60% aut już dalej nie pojedzie. Tyle naszej nadziei, niech się wykruszają – trzy nie przejechane odcinki i do domu. Jest takich załóg dużo. Mamy nadzieję, że z tego co widzimy w naszej klasie zostanie góra pięć samochodów. Za to lubiłem ten rajd – rajd na wyniszczenie.
Podchodzimy do tablicy wyników, i klniemy. Na tablicy wisi memorandum wysokiego komisarza, że w związku z tym, że rajd jest w tym roku bardzo ciężki, zwiększono ilość odcinków nie przejechanych do czterech. Czyli zmiana regulaminu w trakcie rajdu, he he. Teraz niektórzy jego kumple od flaszki mogą się zlawetować do Petersburga na szybki remont i stanąć dalej do walki.

Przepiękny obóz między dwoma jeziorami, lekkie remonty i integracja z reszta uczestników
Tłumy fotografów rzucają się na naszą ,, śmieciarkę,, czyli 101, bo takiego Land Rovera nikt w Rosji na oczy nie widział. Egzotyczny jest dla nich również nasz sposób obozowania, czyli wielka płachta rozwieszona między drzewami, a wszystkie mandżury, śpiwory i rumunia pod spodem, sposobem opatentowanym z Malezji. Oszczędza to cenny czas i siły na rozkładanie kilku namiotów i umożliwia posiadanie dużej przestrzeni pod dachem. Akurat w tym roku nie była to dobra idea, bo takiej plagi komarów jak żyję nie widziałem. Namiot zawsze można jakoś uszczelnić, a spanie pod gołym niebem było w tym roku dla nas torturą. Komarami się oddychało po prostu, najgorzej miał Siara – najlepszy posiłek komara, który był cały czas otoczony komarowym wirem jak w kiepskich filmach grozy. Oczywiście żadne autany ofy i inne gluty nie pomagały w ogóle i każdy z nas był pocięty we wszystkie odkryte części ciała.
Nawet specjalny hamerykanski środek na Dżany z dżungli był skuteczny tylko na chwilę, i nasza skóra składała się wyłącznie z ukąszeń. Na dodatek panujące w tym roku upały nie pozwalały szczelnie owijać się do snu, męka okrutna. Ale nastroje w ekipie panowały znakomite, JJ po dwóch dniach rajdu otrząsnął się z szoku i mieliśmy wiele radości słuchając ich rozmówek w stylu monty pythona artykułowanych przez Nicka z angielska flegmą i wystudiowanym nienagannym akcentem. Startujący w rajdzie Anglicy, a było ich kilku, obchodziło nas bokiem z szacunkiem i niedowierzaniem, bo tak przygotowanych LRów na oczy nie widzieli, a przecież to u nich wszystko ma być w tej marce najlepsze 😉 Jeden z nich nawet zgłosił się do Proto, bo miał poprzerabiany samochód. Lekko podniesione auto z ,, bardzo mocną,, (jak twierdził z przekonaniem ) chińską hydrauliczną wyciągarką, pędzoną z pompy wspomagania, chłe chłe, kto zna, ten wie 😉 Po wjeździe na pierwszy odcinek wycofał się i potem już go nigdy na oesach nie widziałem.
JJ z Nickiem natomiast po pierwszych dwóch dniach, zrozumieli mniej więcej jak tu jeździć i wprawdzie nie mieli oszałamiających czasów na odcinkach, ale przejechali wszystkie jadąc swoim tempem i świetnie się przy tym bawiąc. Ruscy też nie rozumieli, że jedna ekipa angielska jest cały czas w szoku, izolacji i stuporze katatonicznym, natomiast druga, napiera, generalnie bez pytań i jest cały czas gwiazdą fotografów, ponieważ JJ używał tam swojego Big Stara dość spektakularnie. Wytłumaczyliśmy Ruskim, że ta ekipa jest angielska wprawdzie, ale z Polski i nie mieli już potem pytań.

"Dźordż, did you put any food to the car on this day ?
No, Nick. There is McDrive in the task today, I suppose !
Yes? Is it really?
Yes Nick, Drive in and winch out !
O, it’s amazing, McWinch?"

 

Następnego dnia start wprost z obozu na szósty odcinek. Jechałem go w zeszłym roku i wiedziałem, że on się w zasadzie na każdym rajdzie nie zmienia. He he, odcinek się nie zmienił, tylko zmienił się poziom wody, i większość odcinka z miłych kolein z twardym podłożem zamieniła się w muliste bagna, do połowy odcinka, który częściowo jechało się nurtem kamienistej rzeki szło nam dobrze i jak zwykle wyprzedziliśmy dużo maszyn, żeby tradycyjnie już dać się im wyprzedzić na największym tego dnia bagnie, gdzie zostaliśmy na jakaś godzinkę i rozmotując wszystkie posiadane liny plus zapas do wyciągarki, udało nam się go opuścić. Potem kilkukilometrowy trial po pionach i trawersach wśród okopów dawnej lini Mannerheima, gdzie Ruskie tłukły się z Finami o Karelię. Do tej pory można się zaplątać w drut kolczasty, a czaszka, czy pocisk wykopany kołem nie jest niczym dziwnym. Szliśmy po tym jak burza, a potwory z wielkimi kołami miały sporo kłopotów na pionowych trawersach między ciasnymi drzewami. Po drodze minęliśmy kilka połamanych maszyn, m in nasze ulubione białe proto, które połamało drążki, woditiel jak zwykle czerwony ze złości jak burak jebie szturmana od najgorszych. Nie szło chłopakom w tym roku w zasadzie przez cały rajd, na każdym odcinku, nie trzymali ciśnień i albo uszkadzali maszynę albo pakowali się w kłopoty na dłużej. Dziwnym jednak jakimś trafem zawsze mieli najlepsze kolejności startów w losowaniach, i jakoś umęczyli pod Ponckim Piłatem, chyba piąte miejsce. Skończyliśmy odcinek z niezłym czasem, jednak godzinka spędzona na bagnie nie pomogła nam podnieść się jakoś specjalnie w punktacji. Potem 30km na następny obóz na który mieliśmy dwie godz. limitu. Cudem zdążyliśmy, bo połowa dojazdówki, to był wyjazd terenem z poprzedniego campu, a na nim mnóstwo powtapianych serwisek, a należy pamiętać, że niektóre serwiski to były zwykłe vany, furgonetki czy nawet osobowe samochody, które nie urabiały terenu. W tym roku spawaliśmy urwane zawieszenie i klepaliśmy chłodnice w furgonetce, która obsługiwała rajdowy bufet i powinna być na każdym campie pierwsza.

Kolejny obóz nad brzegiem Ładogi. Jezioro w tym roku nie pokazało brzegów ani plaży. Stan wody bardzo wysoki. Rozbijamy się na starym miejscu, a obok nas tradycyjnie ekipa z Estonii. Już wiem, co będzie, jeszcze nie zgasiłem silnika, już dostałem talerz jakiegoś ichniego żarcia i kubek pełen wódki. Wieczorem wynajęliśmy od lokalesa stojącą w ogródku banię czyli saunę. Stoi taka przy każdym nawet najbardziej biednym domku i jest dla nich bardziej niezbędna niż łazienka. Nam też zrobiła dobrze na nasze zbolałe i brudne zewłoki , zadziałała też oczyszczająco na umysły. Oczywiście byli tam z nami koledzy Estońcy, wiec o tym, co było dalej, przez przyzwoitość i szacunek dla niektórych kolegów zamilczę.

Następnego dnia luźny dzień, tylko dwie remsty po diunach, bo plaży nie ma w tym roku. Festyn pod sponsora, helikoptery, banery itp. JJ olał, woląc przejrzeć Tomcata gruntownie od kół do głów, ja pojechałem z Siarą na drugim fotelu, tak tylko dla pokazania się. Przejechaliśmy z całkiem niezłym czasem, korzystałem tam z wielkiej pomocy i celnych uwag Siary, który czytał mi odcinek jak z książki. Chłopcy z serwisu pojechali wtedy do wiochy po zakupy i mieli wiele przygód z nawalonym jak działo naczalnikiem tamtejszej policji, który kazał sobie oddać wolant i pokazał chłopakom jak się jeździ stojedynką w Rosji, ale za to na pięciu promilach. Wrócili z twarzami w kolorze zielonym. Wieczorem bania (znaczy sauna) chłe chłe.

Następnego dnia z rana start na siódmy odcinek. Trzeba najpierw przerzucić się 100km asfaltem. Słoneczko świeci, sprzęcik hula i walimy setką po największych dziurach tzn tutejszych pozostałościach po asfaltach. Nagle smród, dym spod maski. Zatrzymuję auto i widzę płomienie, w ruch idą gaśnice. Niech nikt nigdy nie myśli, że gaśnicą samochodową można ugasić pożar. Dwukilowa, nowa, atestowana gaśnica wydała z siebie dziesięciosekundowe pierdnięcie. Na szczęście wystarczyło. Pękł przewód od chłodnicy oleju i cały strumień poszedł na rozgrzany do czerwoności kolektor. Zapaliło się natychmiast. Biegamy dookoła auta w panice, bo czasu coraz mniej. Kapuś tnie siekierą przewód, a ja zakładam specjalne wysokociśnieniowe opaski. Pomogło. Lecimy dalej. Trochę błądzimy po jakiejś wichurze. W pewnym momencie smród benzyny. Widzę benzynę kapiącą z mocowania pompy paliwa. Znów narzędzia, naprawa w amoku, jedziemy.
Wpadamy na start 20 min po czasie. Mieścimy się w limicie spóźnienia i natychmiast nas startują.
Megaekstrema. Rozwalona stara droga z milionem stawiających się pod autem belek, kamole,
pniaki, a po tym wyścig w iście szatańskim tempie. Idziemy jak burza. Kapuś tak się rusza, że jeszcze nie zdążę przewajchlować wincza gałami, już jestem podpięty. Drzemy naprawdę ostro. Jeszcze nigdy nie dostałem zadyszki za kierownicą. Teren masakra, ale w zasadzie jezdny. Robimy ich jak chcemy, tempo nie ustaje. Łąka, którą o dziwo przechodzę na kołach i mostek z bali metr pod wodą. Przeciągam się po tym i wiem z zeszłego roku, że pod mostkiem jest jeszcze 5 metrów wody. Gdybym z niego zsunął się na bok, leżę z autem na boku pod wodą.
Przeszliśmy. Gorąco i komary. Nie mam nawet czasu się odganiać. Pot strumieniami leje się po twarzy. Szaleńczy wyścig po zalanych metrową wodą koleinach, błądzenie miedzy drzewami po podmokłym lesie, żeby ominąć wtopione auta, jednym słowem amok opętańczy. Mnóstwo połamanych samochodów po drodze. W pewnym momencie zapinam wincza dodaje gazu i stoję. Smród palonego sprzęgła, Arek bloczkuje linę, wyciągam się z syfu, ale trakcji już nie ma. Trudno, staniemy, ostudzimy, może jeszcze pociągnie. Mijają nas inne auta. Priit z Estonii słysząc co się stało rzuca nam butelkę wody i spraj na komary. Dla nas dzisiejszy wyścig już się skończył. Zastanawiamy się jak ewakuować się z odcinka, którego zostało jeszcze 10 kilometrów. Na mapie nie widać żadnej drogi w okolicy. Gieps pokazuje to samo. Jedyna droga ewakuacji z odcinka, to nim przejechać, a przed nami sama balszaja ekstriema. Nie dojedzie tu po nas nasza serwiska, a nawet gdyby to po zamknięciu odcinka. Na zamkniecie musielibyśmy czekać do 23, a jest 14ta. Skorzystanie z pomocy organizatora równa się dyskwalifikacji całkowitej na rajdzie, a na to sobie nie pozwolimy. Silnik wystygł, delikatnie próbuję jechać, coś tam ciągnie, jedynka z reduktorem, żeby jak najmniej obciążać sprzęgło posuwamy się do przodu. W tym czasie powiadomiłem chłopaków, żeby czekali ze 101 na mecie, bo wiedziałem, że 60km po asfalcie do następnego campu, to ja na pewno nie ujadę. Jedynka, obie blokady, wincz, co chwilę i jakoś się toczymy. Cały czas to, po czym jedziemy zaprzecza pojmowaniu rzeczywistości. Naprawdę prawdziwy off road, którego w Polsce już nie znajdziecie. Mordęga straszna. Wielka radość, że nie będziemy musieli nocować i zmieniać sprzęgła na odcinku, po którym nawet chodzić się nie dało. W pewnym momencie smród i nie jedziemy już wcale. Koniec sprzęgła definitywny. Próbujemy studzić.
Psycha nam siedzi. Zawsze to lepiej, gieps pokazuje jeszcze 3,5km do mety. Mijają nas ostatnie auta, na końcu mija nas JJ. Próbuje ciągnąć nas liną, ale nie daje rady. Decydujemy, że pojedzie do mety, odbije czipa i po nas wróci. Na szczęście mamy już łączność na radiu z serwisem na mecie. Po jakiejś godzinie chłopaki meldują, że JJ przejechał i twierdzi, że dalej jest jeszcze gorzej i nie da rady nas wyciągnąć z odcinka. 101 też nie urobi. Siedzę na kamieniu w chmurze komarów i kręci mi się karuzela pod beretem. Idzie do nas z buta Mojo z plecakiem z żarciem i wodą. Zapowiada się nocleg i remont na odcinku. Psycha, psychą, ale ja tu w tym syfie nie zostanę! W ruch poszła piła spalinowa i wycinamy otwór inspekcyjny w obudowie sprzęgła, potem siekierą wbijam dwa klucze pomiędzy docisk, a koło zamachowe. Bieg, rozruch i jedziemy!!! Pełny napęd, tylko biegów nie można zmieniać, a to trudno. Cieszymy się jak dzieci ! Już wiem o czym mówił JJ. Przed nami kilka bagien, brodów i rozwalonych, jeżących się belkami i kamolami kolein. Maszynka idzie. Mamy wbite trzy z reduktorem, żeby jeszcze na wolniejszych biegach nie zamęczyć silnika, w związku z tym łoimy z dość dużą prędkością. Ciągniemy wincza jeszcze parę razy. Po drodze w biegu wskakują Mojo z MC i walimy do mety. Mijamy jeszcze schodząca z odcinka ekipę
tv i dziennikarzy, którzy spotkali nas jak staliśmy i nie spodziewali się nas ujrzeć ponownie – wiwatują. Jeszcze kilometr, orka ostra, jeszcze pół, wreszcie meta. Nie zmieściłem się w limicie oczywiście, ale to przełknąłem już kilka godzin wcześniej. Wydarliśmy się jakoś stamtąd i to jest sukces nieprawdopodobny. Wysiadam z auta i uginają się pode mną nogi. Wsiadam do Modża, chłopaki zapinają auto na linę, Siara za wolant i do obozu. Nie pamiętam drogi powrotnej. W obozie czeka już na mnie tarcza sprzęgła i po małym posiłku bierzemy się do roboty. Jestem nieprzytomny ze zmęczenia. Siara rzuca się pod auto, i walcząc z komarami zaczyna kręcić skrzynię, jest środek nocy, o dziwo ciemnej.
Zasypiam z kluczem w ręce. Walę się spać jak stoję, a Modżo z Siarą kręcą skrzynię. Budzą mnie po kilku godzinach, w celu konsultacji i już do rana zbroimy skrzynię. Modżo jedzie zrobić koła do wulkanizatora, a my klarujemy auto przed ostatnim Oesem. MC przyniósł dużo zdjęć śladów misia i zastanawialiśmy się, jaką to misio będzie miał ciechtę, jak pałuczi w lesie naszą tarczę sprzęgła. My również mieliśmy ciechtę, że misio na odcinku nie pałucził nas, bez sprzęgła… Myśleliśmy, czym by tu się bronić, chyba jedynie piłą motorową. Tylko wtedy wysoka komisja za ubicie misia zabrała by nam na pewno kaucję ekologiczną, którą musieliśmy wnieść na początku. Ciekaw jestem, jaką kaucję wysoka komisja zabrała by misiowi, jakby to on nas jednak…

Ostatni odcinek, trzydzieści kilometrów dojazdu, chwila czekania i start.
Trochę kręcenia po lesie i jak zwykle podmokła łąka, chyba z hektar bez drzew. Spuściłem koła do 0,nic i taśkam do przodu. Dojechałem na kołach w zasięg drzew, rewela. Wciągamy się na winczu w podmokły las, który dwa lata temu zatrzymał nas na cztery godziny. Było trochę męki, ale poszło i wydostajemy się na bardziej jezdny teren. Startujących maszyn bardzo mało i nie ma tłoku. Dużo jazdy syfem, parę kanałów wodnych na winczu i wjeżdżamy na kluczowy na tym odcinku bród. Dwa auta połamane blokują najlepsze wyjazdy. Zjeżdżamy po pionie do rzeki i bez żadnych problemów wychodzimy na winczu pod górę. Napotkany na odcinku Jura, wiedzący już chyba o naszych wczorajszych przygodach, z daleka teatralnym gestem zdejmuje kapelusz i kłania się w pas. Parę kilometrów względnie dobrą drogą i drugi, końcowy bród. Laski w bikini opalają się przy rzece, nad nimi krzyżują się liny od wyciągarek. Mało nie złamaliśmy jednego drzewa, zaburzając laskom sielankę i jesteśmy na mecie. Jeszcze tylko 35km dojazdówki i przybijamy ostatnią w tym rajdzie elektroniczną pieczątkę. Skończyliśmy rajd !!!

Wyjeździłem się w tym roku do spodu. Przypomniały mi się szczenięce lata, kiedy człowiek naprawdę dostawał w tyłek od terenu i wiedział, że w lesie może liczyć tylko na siebie.
Taka jest właśnie Ładoga. Jak powiedział Nick, ten rajd jest PRAWDZIWY. Nie ma ściemy, prób jo-jo, bo cała Ładoga jest jak jedno wielkie jo-jo, jak już raz tam pojedziesz, musisz tam wrócić. Nie trzeba pieczątek na odcinkach, bo każde dwadzieścia kilometrów odcinka jest jedną wielką pieczątką na Twojej psychice. Trzeba szanować ludzi, bo nigdy nie wiesz, kto Ci pomoże następnego dnia (albo zaszkodzi), ani komu Ty będziesz musiał pomóc. Nieprawdopodobne są klimaty międzyludzkie, okoliczności przyrody i niewyobrażalne oderwanie od cywilizacji, rzeczywistości i spraw przyziemnych. Przez cały rajd nikomu z nas nie chciało się dzwonić do kraju, poza krótkimi informacjami dla bliskich. Kiedy wzrok padał na telefon, każdym z nas wstrząsał dreszcz obrzydzenia. Cóż więcej pisać, zacytuję tylko kawał usłyszany od Litwinów ;

Wraca mąż do domu i otwiera mu drzwi żona w tiulach i seksownej bieliźnie :
Kochany, masz tu kajdanki, zwiąż mi nogi, zwiąż mi ręce i rób, co chcesz !!!
On związał jej nogi , związał jej ręce…

I pojechał na Ładogę…

Krzysztof Turchan

 

Dzienksy wielkie dla wszystkich, którzy wspomogli nasz wyjazd:
Dla Modża i Siary, bohaterskiej obsługi śmieciary,
Dla Msiego, za przepiękne foty, oraz za to, że nic nie robił, czyli nie przeszkadzał,
Dla Danka, który nie pojechał, cierpiąc wielce i dlatego byliśmy wszyscy bez mamy na rajdzie,
Dla Kierownika, który walecznie borykał się z firmą podczas naszej nieobecności i spowodował, że mieliśmy gdzie wracać (a wcale nam się nie chciało)
Dla Pawła Kosa z firmy Azymut za przekształcenie naszego Giepsa w urządzenie działające,
Dla Chermola www.rajdy4x4.pl za expresowe założenie skrzynki pocztowej mającej nam umożliwić transmisje danych z trasy rajdu, czego i tak nikt w amoku nie miał czasu tam zrobić.
Dla Pawła Grota www.666.pl, który wykonał wszelkie kalkomanie do obklejenia maszyn w tempie superexpresowym,
Dla naszych kobiet za spędzenie kilkunastu dni ze związanymi rękami i nogami ,
Dla Pani Izy Rogulskiej z firmy Canon Polska za wypożyczenie sprzętu fotograficznego.

I oczywiście dla firmy JADAR za umożliwienie całej eskapady !!!